Non mor­tem ti­memus, sed co­gita­tionem Mor­tis


Share|

Stare podania

PisanieTemat: Stare podania  Nie 29 Lis 2015, 22:52

Stare podania. Przenieście je proszę do odpowiednich tematów. (Nie musicie nic w nich zmieniać.)


Ostatnio zmieniony przez Władca Czasu dnia Sro 30 Gru 2015, 16:49, w całości zmieniany 1 raz
avatar
Opiekun Gryffindoru, Nauczyciel OPCM

Dodatkowe informacje biograficzne
AKTUALNIE POSIADANA RÓŻDŻKA: 12 i pół cala, serce smoka, akacja
OPANOWANE ZAKLĘCIA:
OPIS POSTACI: Nie jest piękny, nie wygląda sympatycznie, wkłada wiele wysiłku by utrzymać swój wizerunek, ale przecież najciemniej pod latarnią. Dwa metry, atletyczna budowa, czujne wilcze oczy, którym mało co umyka, orli nos, nieschludne krucze włosy i nieskrępowana elegancja. Nawet gdy kłania się w pas nie spuszcza z Ciebie wzroku, nawet kiedy się uśmiecha, wygląda jak głodny pies, nawet gdy się śmieje to spojrzenie wydaje się być zbyt zimne na człowieka.

Zobacz profil autora http://mortis.forumpolish.com/t403-zwierzeta-lupei-a http://mortis.forumpolish.com/t424-skrytka-nr-147#835
PisanieTemat: Re: Stare podania  Sro 13 Sty 2016, 19:09

Umiejętność: Magia bezróżdżkowa
Czas nauki:  Ćwiczy od kiedy skończył szesnaście lat.
Krótka historia opisująca fragment nauki:
- Kostia... - szepnęła z lekkim uśmiechem. Wciąż pamiętał te karminowe usta, białą, upudrowaną twarz i czarne jak węgiel oczy. Matka Maria, jeśli był ktokolwiek, kto rządził tym cyrkiem na kółkach jakim był tabor w którym się wychował, to tylko Mateczka Maria. Kojarzyła mu się z mądrością, czarnymi koronkami i krwistymi uśmiechami, które rzucała niezależnie od sytuacji. Bał się jej i kochał ją bardziej niż cokolwiek wcześniej i przed długi czas po tym jak opuścił tabor.
- Kostia, Kaciejka, tak kochasz swoją różdżkę, zawsze śmiejesz się z Ymira i Kaliny, że to Tobie ojciec zostawił różdżkę. - i ten ton głosu, słodki, lepki, dławiący, jakby chciała go uwieść i udusić, a ledwie skończył piętnaście lat.- Co zrobisz, kiedy jej zabraknie?
- Przestanę być silny... - odpowiedział szczerze. Nie opłacało się okłamywać Mateczki Marii, ona zawsze wiedziała, kiedy łgał. Patrzyła tymi czarnymi oczami i po prostu wiedziała. Jak bardzo nie próbował tego ukryć.
- Przestaniesz? - zaśmiała się perliście, a jej pełne piersi zafalowały w ciasnym fraku cygańskiej wróżki.- Wcale tak nie musi być Kaciejka, możesz zawsze być silny...
"Zawsze" powtórzył w myślach, a Mateczka znów roześmiała się, widząc ogień płonący w jego oczach. Jeszcze nie wiedziała, że tymi słowami podpisała na siebie wyrok śmierci.
"Silny już zawsze" zamknął oczy, by wypalić to w sobie, jak piętno, jak obietnicę złożoną samemu bogu.

Wychowywany przez cyrkową trupę, podróżując z najdziwniejszymi typami w cygańskim taborze miał to szczęście trafić na sztukmistrzynię magii bezróżdżkowej. Czarownica znana pod pseudonimem Mateczki Marii wykorzystywała swoją umiejętność w sposób błahy. By bawić mugolską gawiedź, robić sztuczki i zdzierać z naiwnych prostaków ostatnie grosze. Constantine taki też miał być, przejąć interesy, bawić ludzi, śmiać się perliście, może nawet palować usta karminową pomadką. Zaczynał od najprostszych rzeczy, zapalania świec, przewracania kieliszków, zrzucania książek z regałów. Fircyk-magik ze straganu. W tym dzieciaku jednak płonęła większa potrzeba, chciał czynić coś ponadto, chciał być wszechmocny!Jednak myśl o utracie różdżki paraliżowała go, jakby cała jego zdolność magii zaklęta była w tym jednym patyku. Możliwość operowania magią bez potrzeby trzymania jej w rękach w bardzo krótkim czasie urosła do marzenia lśniącego jaśniej niż sto tysięcy słońc.
- Kosti! - krzyk Kaliny niósł się echem po wielkiej przestrzeni namiotu cyrkowego, gdy chłopak klęczał po wykonanym występie w tumanach piasku. Wiedziała co planował, szeptał o tym nawet przez sen, o palącej potrzebie niszczenia, taki zły dzieciak, takie złe sny.- Kostia, przestań!
Rozłożył ramiona:
- Incendio! - i zapłonął czystym ogniem.


Samopodpalenie nie było najlepszym początkiem przygody z magią bezróżdżkową, każdy by tak uznał. Histeria Mateczki Marii i szyderstwa braci i sióstr tylko by to potwierdziły, jednak w głowie młodego Lupeia zapłoną ten ogień, który miał płonąć. Poczuł swoją siłę, swoje możliwości. Od tamtej pory kiedy tylko mógł próbował radzić sobie bez różdżki. Od najprostszych zaklęć, po trudniejsze, raz, drugi piąty, fiasko za fiaskiem, bez wytchnienia oddawał się praktykom.
Mówi się, że sukces to jedynie szczypta talentu i ogrom ciężkiej pracy. Właśnie to oddanie uczyniło go przez te wszystkie lata biegłym w tej dziedzinie. Od pierwszych nieporadnych kroków, później przez tysiące psikusów płatanych w wieku nastoletnim, by dalej rozwijać się w dziedzinach, które go interesowały: magii defensywnej i transmutacji.
Na dzień dzisiejszy brak różdżki nie stanowi dla niego problemu, choć większe zaklęcia mają słabszy efekt bez wzmocnienia przez magiczny rdzeń. Wciąż jednak poświęca tej sztuce wiele uwagi i na równi z poszukiwaniem doskonałej różdżki dąży do mistrzowskiego opanowania zaklęć bez potrzeby jej użycia.

Przyjmuję. - Beza.
avatar
Minister Magii, Głowa Rodziny Crouch

Dodatkowe informacje biograficzne
AKTUALNIE POSIADANA RÓŻDŻKA: czternaście i pół cala, włókno ze smoczego serca, tarnina
OPANOWANE ZAKLĘCIA: enervate, cave inimicum, expelliarmus, homenum revalis, riddiculus, conjuctivitis, drętwota, everte statum, petrificus totalus, avifors, duro, accio, bombarda, flippendo, locarnum inflamari, brackium emendo, reparifors, kaproun, rapello muggletum, ebulbio, impedimenta, sagittent, utevo lux, homorphus, bombarda maxima, eistem aperio, delens vestigium, illegibilus, suspensarius, fiendyfre, obliviate, sectusempra, vulnera sanatur, protego horribilis, turbine ignisis, confringo, dissendium, finite incantatem, imperius revelio
OPIS POSTACI: Jest to dość wysoki mężczyzna, mierzący sobie około 180 cm. Szczupły i smukły nie odbiega zanadto od klasycznego wyobrażenia czarodziejskiego arystokraty wywodzącego się z rodu od stuleci pielęgnującego czystość błękitnej niemal krwi, płynącej w jego żyłach. Pomimo niepierwszej młodości posiadacza, zanczna włosów na głowie Fredericka zachowała naturalnie ciemny, choć niekoneicznie kruczoczarny odcień. Nie da się jednak nie zauważyć siwizny pstrzącej głównie skronie mężczyzny, której wtórują delikatne zmarszczki, nie do końca adekwatne do wieku. Nie można wcale powiedzieć, ażeby pan Crouch trzymał się źle. Przeciwnie - niejednokrotnie słyszy, iż nie wygląda na swoje pięćdziesiąt lat, choć niekiedy (głównie wskutek trudnych momentów związanych z wykonywaną przezeń pracą) zmarszczki zdają się uwydatniać, a oczy mglić. Na codzień jednak spojrzenie jego jest bystre, niepozbawione oceny, świdrujące każdą duszyczkę na wskroś, choć raczej łagodne i stonowane. Wąskie usta coraz rzadziej wykrzywia w uśmiech, bez końca zaabsorbowany obowiązkami Ministra Magii - posady, o której zdawał się marzyć, odkąd tylko wkroczył do gmachu Ministerstwa jako jeden z jego pracowników. Palce ma długie i szczupłe, absolutnie nieprzystosowane do pracy fizycznej. Z drugiej strony jednak utrzymuje całkiem dobrą kondycę, a w wolnych chwilach nie wzgardzi przejażdżką na swojej ukochanej miotle jeszcze z czasów późnoszkolnych. Szkoda tylko, że momentów takich jest coraz mniej...

Zobacz profil autora http://mortis.forumpolish.com/t437-menazeria-ministra-magii#938 http://mortis.forumpolish.com/t438-skrytka-nr-227#939
PisanieTemat: Re: Stare podania  Nie 24 Sty 2016, 21:21

Umiejętność: oklumencja
Czas nauki: do pierwszych efektów - trzy lata z przerwami; później już tylko doskonalenie
Krótka historia opisująca fragment nauki:
- Legilimens!
Znowu to tępe uczucie, że ktoś siedzi w twojej głowie. Frederick siedział, wbity w krzesło z niemal magiczną siłą, zaciskając mocno powieki, usilnie próbując nie dać swemu ojcu rozprostować wszystkich swoich zwojów mózgowych.
- Widzę! - ojcowski bas odbił się od wnętrza jego czaszki.
- Już nie mogę!
- Musisz!
Musiał, ale nie mógł. Pomimo usilnych starań, nie udało mu się powstrzymać potoku wspomnień i uczuć, który w tej chwili zalał jego ojca. Chłopak czuł, jak obce jestestwo wysuwa się z jego świadomości. Otworzył oczy. Spośród migoczących mroczków wyłoniła się twarz jego rodziciela.
I znowu to samo - cisza. Cisza boląca jeszcze bardziej, niż przewiercanie pamięci magiczną formułą legilimens. Frederick nie mógł powiedzieć, że woli ćwiczenia z ojcem, niż znoszenie jego milczenia, jednakowoż obie te sytuacje były godnie siebie niekomfortowe.
- Źle - jedno słowo; niby  takie proste, a jednak kipiące od emocji do granic ludzkiego wyobrażenia.
Szesnastolatek wyczuł w nim zawód, pogardę, jak i niezrozumienie dla siebie ze strony taty. Co robił nie tak? Stale postępował zgodnie z jego zaleceniami. Miał wrażenie, że ojciec - kiedy widział, że syn opanował nową umiejętność w kolejnym nieznacznym stopniu - przekraczał tę granicę i proces nauki zaczynał się niemal od samego początku.
- Przepraszam... - to jedyne, na co mógł zdobyć się otumaniony chłopak.
Alberth Crouch zbył te słowa machnięciem ręki i zrezygnowanym kręceniem głowy. Skończyła się jego złość, skończyła agresja - pozostało jedynie zażenowanie przemieszane z głębokim zrezygnowaniem. Jego drugi syn, edukacyjna duma rodu, nie potrafi przyswoić oklumencji, która będzie mu tak potrzebna na kolejnych etapach życia zwłaszcza wtedy, gdy dostanie się do instytucji takiej jak chociażby Ministerstwo Magii.
- Nic mi z twoich przeprosin. Napij się wody i zaraz zaczniemy od nowa.

Kolejne dni nauki mijały niewyobrażalnie powoli. Frederick zaczął wyczekiwać czasu, kiedy mógł wrócić do szkoły i nie musiał oglądać swojego ojca ani pobierać od niego nauk tej cholernej umiejętności. Pewnego dnia jednak, w przeddzień powrotu chłopaka do szkoły, jego ojciec aż usiadł z wrażenia. Jego legilimens odbiło się od niewidzialnej ściany, jaką Frederick wybudował naokoło swojej świadomości. Co prawda ściana złamała się, gdy Alberth zwiększył moc zaklęcia, ale mimo to w ogóle powstała.
- Dobrze. Idź się pakuj. Koniec na dzisiaj.
To wszystko. Idź się pakuj miało wystarczyć młodemu chłopakowi, który właśnie opanował jedną z najtrudniejszych sztuk świata czarodziejów. Choć z drugiej strony, była to bardzo duża pochwała w ustach jego ojca...

Po powrocie do szkoły Frederickowi trudno było zapomnieć o nagłym postępie, który tak niespodziewanie poczynił. Nagle okazało się, że oklumencja jest umiejętnością możliwą do przyswojenia nawet w tym wieku. Czyli jednak ojciec wiedział dokładnie, czego mógł wymagać od własnego syna. Z drugiej strony chłopak o samej zdolności wiedział nieprawdopodobnie mało. Niby tłumaczono mu, iż jest to umiejętność szczelnego zamykania swego umysły przed ewentualnymi zaklęciami penetrującymi myśli. Pewnego wieczoru w jego ręce dostała się książka „Sekrety umysłu” profesora Viacheslava Nikanova.

    (...)kluczem do sprawnego zamykania umysłu przed ingerencją osób trzecich jest całkowite jego oczyszczenie. Istnieją potężne zaklęcia czarnomagiczne, zdolne do skrzętnego przeczesywania naszych powierzchownych, ale też co bardziej osobistych i skrytych myśli. Na przód wysuwa się tu rzecz jasna legilimens, o którym pisałem dwa rozdziały wcześniej. Mało jest czarodziejów, którzy byliby w stanie oprzeć się temu urokowi, którego i tak już duża moc bazowa potęgowana jest dodatkowo przez osobiste uwarunkowania inkantującego. Oklumencja, bo tak nazywa się swojego rodzaju kontrumiejętność legilimens, polega na dokładnym wyczyszczeniu własnej świadomości. Najprościej rzecz ujmując: doprowadzić do takiej sytuacji, aby napastnik nie miał czego czytać. I tu ujawnia się podstawowy błąd adeptów - nie budujemy muru! Oklumencja nie polega na wytworzeniu wokół własnej głowy niewidzialnej bariery, czy też bąbla, która uniemożliwiłaby przeciwnikowi przebicie się do jej środka. Wręcz przeciwnie - pozwólmy przeciwnikowi wejść, czemu nie? Potężnym czarnoksiężnikom i tak nie będziemy w stanie się oprzeć, a skutki próbowania siłowania się z taką mocą mogą mieć skutki poważniejsze nawet od klątwy cruciatus. Pozwólmy napastnikowi przeczesywać nasz umysł, ale nie dawajmy mu żadnych informacji. Ograniczenie nieprzyjemnego uczucia wywołanego urokiem można wykształcić wraz z praktyką. Można byłoby iść dalej tym tropem i próbować podsuwać napastnikowi fałszywe obrazy, ale jak dotychczas nauka nie odnotowała takich przypadków, a uczeni nie są zgodni co do tego, czy oklumencja oferuje także takie możliwości.

Przeczytanie tego rozdziału było dla Fredericka czystą eureką. Otrzymał dokładne instrukcje, jak należy postępować, a czego nie należy robić. Ojciec rzucił mu jedynie „nie daj mi zobaczyć swoich myśli”, łudziwszy się, że syn metodą prób i błędów sam odkryje prawidła rządzące oklumencją. W szkole jednak nie było możliwości praktyki - żaden uczeń nie potrafił obchodzić się z legilimens, a młody Crouch bał się pytać o to nauczycieli - nie wiedział, czy to, czego uczy go jego ojciec jest w całkowicie dozwolone przez prawo.
Wobec tego padło na to, aby pochłaniać kolejne książki i oswajać się z teorią. Może to pomoże mu w ostatecznej konfrontacji z ojcem...

- Legilimens! - Frederick spiął mięśnie na całym ciele, ale postarał się oczyścić umysł.
Puścił myśli wolno, czując, jak powoli ulatują w eter. Miał zaciśnięte powieki - nie widział reakcji ojca, ale czuł jego napięcie.
Moc zaklęcia uległa intensyfikacji. Nieprzyjemne, tępe łomotanie pod czaszką wcale nie pomagało mu w wyzbywaniu się emocji, myśli, wspomnień.
- Widzę! - ostrzegawczy ton ojca.
„Przestań myśleć! Nie myśl!” - zaklęcie ustało.
- Jeśli cały czas będziesz mówić do siebie  w myślach, to nigdy nie opanujesz oklumencji. Ale widzę postępy. Co prawda radykalna zmiana w twojej technice obronnej jest dostrzegalna gołym okiem, ale ważny jest efekt. Musisz jednak jeszcze poćwiczyć - suchy ton ojca spłynął miodem na serce i uszy syna, który poczytywał to sobie za pochwałę własnych kompetencji.
Kto wie, może nawet odzyskał poważanie ojca?

Od tego czasu minęło kilkadziesiąt lat. Ojciec Fredericka miał rację - oklumencja okazała się dla niego niebywałym ułatwieniem podczas Wielkiej Wojny, kiedy to wzmogły się wszelkie czarnoksięskie ruchy w społeczności magicznej. Kilka razy padł ofiarą uroku legilimens nawet z ręki własnego brata jeszcze przed jego śmiercią. Kilka lat po wygaśnięciu konfliktu objął władzę w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, więc najwidoczniej nie zdradził żadnej tajemnicy Ministerstwa Magii - oklumencja zdawała się działać bez zarzutów.

Przyjmuję w rozwinięciu. ~Beza

===================================

Umiejętność: zaklęcia niewerbalne
Czas nauki: samo przyswojenie - od czwartego roku nauki w Durmstrangu przez pół roku
Krótka historia opisująca fragment nauki:
Durmstrang od zawsze istniał w świadomości czarodziejów jako szkoła, która jako jedyna spośród wszystkich placówek edukujących młode pokolenie ludzi magicznych, przygotowywała swoich uczniów głównie do bojowego wykorzystywania przyswojonej w trakcie studiów wiedzy. Nic więc dziwnego, że na pierwszej lekcji pojedynków w klasie czwartej profesor Vaylerouth powitał ich tymi słowy:
- Witajcie, drodzy uczniowie. Dobrze widać was całych po przerwie letniej. Teraz jednak przejdźmy do istoty dzisiejszych zajęć. Cały ten semestr poświęcimy na najważniejszy - podkreślenie tego słowa spotęgowało uniesienie różdżki nad krzaczastą białą czuprynę wąsatego staruszka - aspekt nauki pojedynkowania się.
W tym momencie profesor wskazał różdżką na świecę w kącie sali. W dokładnie tej samej sekundzie jej knot zapłonął niewielkim ogniem.
- Magia niewerbalna - profesor syknął złowieszczo, jakby sam był podniecony efektem swojego czaru.
- Jak możecie się domyślić, jest to wyjątkowo trudna do opanowania umiejętność, dlatego też jej naukę rozpoczniemy dopiero w tym roku, kiedy mamy stuprocentową pewność, że każdy z was wie już, którym końcem różdżki należy czarować - zaśmiał się, wtórując wspaniałości własnemu żartu.
- Do rzeczy jednak, do rzeczy. Co nam da magia niewerbalna? Czas. To, jak prędko opanujecie kolejne zaklęcia na tym poziomie będzie determinować ilość czasu waszego życia podczas rzeczywistego starcia z rzeczywistym przeciwnikiem, którego ostatecznym zaklęciem ofensywnym nie zawsze będą galaretowate nogi. Poza tym: zaklęcia, których uczę was w tej sali nauczane są w Hogwarcie, Salem, Beauxbatons i tak dalej. To znaczy, że każdy czarodziej na całym świecie posiada dokładnie ten sam zestaw czarów bazowych, co wy. Każdy czarodziej najprawdopodobniej wszystkie je pamięta, zna ich następstwa i adekwatne przeciwzaklęcia. Wobec tego stanu rzeczy, wskazanie różdżką przeciwnika nie da mu absolutnie żadnych informacji odnośnie waszych zamiarów, dopóki nie da o sobie znać ostatnie stadium rzucania zaklęcia, czyli...?
- Efekt możliwy do zmysłowego zarejestrowania! - zgłosił się jeden z kujonów z lewej strony katedry.
Pan profesor pokiwał jedynie głową i przystąpił do rzeczy:
- W porządku, tyle teorii. Od dziś do końca semestru podczas naszych lekcji zaklęć przeważać będą ćwiczenia magii niewerbalnej. Wszelkie listy nowych zaklęć będziecie musieli przyswajać poza zajęciami, w czasie wolnym. A teraz do rzeczy - różdżka wycelowana w uczniów sprawiła, że ławki same powędrowały pod ściany, a na środku pomieszczenia uformowało się koło z krzeseł, na których siedzieli wryci studenci, którzy chyba nie do końca rozumieli, co się stało.
- Żeby zrozumieć dokładne funkcjonowanie magii niewerbalnej, musicie zacząć od czegoś, czym nie zrobicie sobie krzywdy. Mógłbym tu stać i deklamować wam przez kolejną godzinę, jak przebiegają procesy rzucania czarów bez inkantacji, lecz wam ta wiedza nie jest do niczego teraz potrzebna. Zgłębicie ją prawdopodobnie na ostatnim roku.
Po tych słowach profesor wskazał różdżką na szafę z lewej strony tablicy. Roztwarła się, a z jej środka wypłynęły nieduże kuleczki, które powędrowały od razu pod strop i zawisły ciasnym kołem nad uczniami.
- Waszym zadaniem jest przywołać do siebie jak największą ilość kulek. Obłożyłem je takim zaklęciem, że raz rzucone na nie accio sprawia, iż przestaną unosić się nad waszymi głowami. Ale uwaga! Musicie ce-lo-wać! Zaklęcie wyrzucone w eter może nie dać żadnego efektu, albo przyciągnąć tak dużo kulek, że nie bedziecie w stanie ich złapać. W tym drugim przypadku osoba, która doprowadziła do czegoś takiego, będzie musiała oddać te, które zdążyła zgromadzić. Podobnie, w przypadku, gdy usłyszę inkantowanie zaklęć. Osoby, które zbiorą największą ilość kulek dostaną ocenę P. No! Do roboty![/b]
Frederick zacisnął palce na różdżce i zerknął nad siebie. Wyciągnął nieśmiało rękę w kierunku jadowicie zielonej kulki, po czym ugryzł się w język, przyłapując się na próbie wypowiedzenia formuły zaklęcia. Jak się okazało, magia niewerbalna była trudna choćby pod względem wyzbywania się starych nawyków czarowania.
- Accio! - jakaś dziewczyna nie zdążyła się powstrzymać.
- Źle, panno Veslova - profesor pokręcił głową i krótkim skinięciem różdżki kazał powędrować jej kulkom z powrotem pod strop.
Wtedy Fred zorientował się, że większość uczniów ma obok swojego krzesła przynajmniej jedną kulkę. No, może poza małymi wyjątkami, ale jednak.
Wskazał inną kulkę, błękitną. Nie powiedział accio, ale i nic się nie stało. Spróbował jeszcze raz. I ponowny. Za czwartym kulka w końcu wylądowała w jego dłoni. Błękitny kolor okazał się być w tej chwili najpiękniejszym na świecie.
Pozostali uczniowie mieli coraz więcej kulek, należało przyspieszyć swoje działania. Kolejne powędrowały pod strop - ktoś próbował wymówić formułę szeptem, bagatelizując słuch starawego profesora.
Mniej więcej w połowie lekcji najwięcej kulek miał Frederick i jego kolega z ławki - Alexander. Wiedli prym w klasie, jeśli chodzi o rzucanie zaklęć, lecz wszyscy myśleli, że skoro nie trzeba będzie zapamiętywać kolejnych formułek, dwóch najlepszych pojedynkowiczów w klasie odejdzie w cień na rzecz kogoś innego. Wcale nie. Kolejne kulki wędrowały na ich kolana z coraz to większą prędkością. Podczas gdy jedni zrzucali na siebie lawiny, oni wyłapywali pojedyncze kulki i ugruntowywali swoje piątki na koniec zajęć.
Gdy rozbrzmiał dzwonek, pan profesor zaklaskał.
- Koniec! Wystarczy tego dobrego! Panowie Crouch i Raslov, wszyscy się chyba zgodzimy, że nie trzeba rachować waszych zdobyczy, żeby zauważyć, że to wam należą się oceny. Bardzo ładnie, ale nie przyzwyczajajcie się zanadto! Accio to jedno z prostszych zaklęć, jutro zaczniemy zabawę z prawdziwym pojedynkiem, a mniej więcej w połowie semestru wyznaczę niektóre osoby do dodatkowego bloku zajęć, które poprowadzimy sobie w formie koła, na którym najlepsi z was poznają niewerbalną transmutację - kiedy Frederick wychodził z klasy przez bardzo długi czas zastawiał się, czy pan profesor na pewno mrugnął do niego i do Saszy przy wypowiadaniu tych słów.

Obecny Minister Magii często wraca do tego wspomnienia. Do tego, a także tych z czasów, kiedy sam nauczał pojedynkowania się w Durmstrangu. Już w wieku szkolnym nie było wobec niego żadnych zarzutów ze strony profesora od zaklęć. Frederick potrafił niewerbalnie inkantować wszystkie zaklęcia z podstawy programowej, a także znaczną część tych, które poza nią wykraczały. Jako pan profesor nie mógł pozwolić sobie na jakiekolwiek niedociągnięcia w rzucaniu zaklęć bez wypowiadania formuł, do tego potrzebny był mu egzamin, sprawdzający kompetencje w tym zakresie. Obecnie może i pan Crouch nie wdaje się w pojedynki tak często, jak kiedyś, ale nie stracił smykałki do magii niewerbalnej, co można zaobserwować chociażby w kłótniach małżeńskich...

Przyjmuję. ~Beza
avatar
Kierownik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów

Dodatkowe informacje biograficzne
AKTUALNIE POSIADANA RÓŻDŻKA: 10 calowy berberys z rdzeniem z włosia jednorożca
OPANOWANE ZAKLĘCIA: Szkolne: 1.Reparo; 2.Fumos; 3.Homenum revelio; 4.Riddiculus; 5.Protego; 6.Diffindo; 7.Drętwota; 8.Everte statum; 9.Petrificus totallus 10.Rictusempra; 11.Accio; 12.Alohomora; 13.Aquamenti; 14.Finite; 15.Lumos Łatwe: 1.Anapneo; 2.Rennervate; 3.Flippendo Duo; 4.Frigidus Flamma; 5.Protego Totalum; 6.Colloshoo; 7.Ebublio; 8.Expulso; 9.Impedimenta; 10.Bombarda Maxima; 11.Bonum Ignis; 12. Chłoszczyć; 13.Descendo; 14.Impervius; 15.Verum Pars Trudne: 1. Vulnera Sanatur; 2.Salvio Hexia; 3.Protego Horribilis; 4.Gelata Cerebrum; 5.Upiorogacek; 6.Dissendium; 7.Finite Incantatem; 8.Imperius Revelio; 9.Tardis; 10.Arresto Momentum
OPIS POSTACI: Orianne jest kobietą raczej średniego wzrostu, ma rude włosy, sięgające jej nieco za ramiona. Zwykle nosi je rozpuszczone i przeczesane tak, że aż się błyszczą i dziwnym trafem nigdy nie plączą. Niezwykle ciemnoniebieskie oczy Orianne patrzą przenikliwie na świat. Ubiera się zgodnie z modą panującą w świecie czarodziejów. Nie lubi nosić nakryć głowy, także nieczęsto można spotkać ją z czarodziejską tiarą na głowie. Lubi nosić długie, ciemne płaszcze, które zazwyczaj zapina jedną z licznych brosz, które kolekcjonuje. Nie ma żadnych znaków szczególnych, poza niewielką blizną tuż przy prawym uchu. Blizna jest pozostałością po nieudolnej uzdrowicielce ze skrzydła szpitalnego w Hogwarcie, która to miała uleczyć Orianne po jednym z meczów quidditcha. Młoda panienka Olivander oberwała tłuczkiem w głowę, broniąc w międzyszkolnych zawodach quidditcha.

Zobacz profil autora http://mortis.forumpolish.com/t443-sowiarnia-pani-crouch http://mortis.forumpolish.com/t442-skrytka-numer-186
PisanieTemat: Re: Stare podania  Wto 26 Sty 2016, 11:18

Umiejętność: Metamorfomagia
Krótka historia opisująca odkrycie/życie z umiejętnością:
Opowiada Coriolanus Ollivander:
Jak wszyscy wiedzą - metamorfomagia jest niezwykle rzadko pojawiającą się umiejętnością. Jest natomiast bardzo łatwo wykrywalna. Spróbujcie sobie wyobrazić teraz miny wszystkich zgromadzonych w posiadłości członków naszej rodziny, kiedy na świat przychodziła moja śliczna córeczka. Orianne, bo tak daliśmy jej na imię w pierwszej chwili była najpiękniejszą jasnowłosą dziewczynką, jaką każdy ojciec może sobie tylko wymarzyć. Po kilkudziesięciu minutach jednak kolor jej włosów zmienił się diametralnie - kruczoczarne i dość długie jak na niemowlę włosy układały się w drobne pukle loków. Natychmiast z jej matką poczęliśmy szukać w rodzinnych rocznikach czy kilka pokoleń wstecz był w rodzie Ollivander jakiś metamorfomag. Wiedzieliśmy, że to nie wróży naszej malutkiej córeczce łatwego życia, jednak chcieliśmy wiedzieć jak to może się objawiać. Udało nam się ustalić, że moja cioteczna prababka była metamorfomagiem. Zapiski jej młodzieńczych lat pomagały nam i naszej pięknej córce nauczyć się żyć z tak nieokiełznaną zdolnością.

"Z pamiętnika młodej zielarki - czyli młodzieńcze lata Orianne Ollivander"
Czternastoletnia Orianne Olivander nie bardzo lubiła chodzić na lekcje. Zwłaszcza na te, gdzie nauczyciele oddawali sprawdziany i ocenione eseje. Euforia ze zdobywania dobrych ocen była tak silnym uczuciem, że czasem zdarzały jej się wypadki w postaci nagłej zmiany fryzury czy pojawienia się na jej twarzy świńskiego ryjka. Orianne była też ulubioną uczennicą nauczycielki transmutacji, która uważała, ze metamorfomagia jest idealnym przykładem na lekcjach. Swoją droga, nauczycielka ta pomogła Orianne powoli i na spokojnie pogodzić się z myślą, że jej umiejętności mogą być naprawdę przydatne i nie są takim złem jak jej się do tej pory wydawało.
Od najmłodszych lat starała się kontrolować swoje emocje, nie dać się im ponieść. Przychodziło jej to z najwyższym trudem, ponieważ kilkuletnie dziecko nie jest w stanie panować nad tym co czuje. Tak też, gdy poniosły ją nerwy lub targały silne emocje bardzo często zdarzało jej się zmieniać swój wygląd. Czasem mniej, czasem bardziej ekstremalnie, ale jednak się zdarzało.
Przeżywając wiek nastoletni bardzo często narażona była na szykany ze strony kolegów z klasy, gdy nagle podczas lekcji i czy nauki, gdy za bardzo się na czymś skupiała na twarzy pojawiały jej się mysie wąsiki albo trąba słonia. Orianne przepłakała wiele nocy, marząc o tym,żeby pozbyć się tej zdolności. Na szczęście wsparcie rodziny i nauczycielki transmutacji pomogło przetrwać ten okres i zaakceptować samą siebie. Z biegiem lat samokontrola weszła jej w krew i nie musiała się już na tym aż tak skupiać. Kiedy kończyła szkołę była już w stanie panować nas swoimi metamorfozami w pełni, nie dawała ponosić się emocjom i utrzymywała stały wygląd. Wyprowadzić ją z równowagi udało się dopiero jej rodzicom, kiedy poinformowali o jej rychłym, aranżowanym zamążpójściu. Wtedy naprawdę straciła kontrolę i oprócz poważnej kłótni z rodzicami, rysy jej twarzy nabrały ostrości, włosy stał się wściekle czerwone a oczy praktycznie całe czarne. Długo zajęło jej uspokojenie się i doprowadzenie do porządku. Nie denerwowała się aż tak mocno ani przed spotkaniem z przyszłym mężem, ani podczas ślubu czy narodzin swoich dzieci. Przez czterdzieści pięć lat swojego życia Orianne Crouch udało się opanować metamorfomagię do tego stopnia, że teraz nie myśli o tym ani trochę, a wciąż wygląda tak samo. I żadne wąsiki czy słoniowe trąby nie pojawiają się znikąd na jej twarzy.


Przyjmuję. ~Beza
avatar
Prefekt Hufflepuffu, Rocznik VI

Dodatkowe informacje biograficzne
AKTUALNIE POSIADANA RÓŻDŻKA: 11 i pół cala, średnio sztywna, włos z głowy wili, jodła
OPANOWANE ZAKLĘCIA: gemino, oppugno, reparifage, avifors, bombarda, protego, drętwota, relashio, spongify, repleo, libro mendacium
OPIS POSTACI: Chłopaczek raczej przeciętnego wzrostu o rzadko kiedy ułożonej burzy ryżawych włosów. Ma raczej poczciwy wyraz twarzy, potęgowany przez iście psie oczy i piegowatą twarz. Na szerokich, pełnych ustach często gości uśmiech, a na całej fisis nieczęsto gości złość. Nie oznacza to jednak, że Theodore jest ciapą sam w sobie, gdyż niejednokrotnie stawał się obiektem westchnień koleżanek ze szkoły. Co śmieszniejsze, zdaje się że Theo rzadko kiedy zauważa wszelkie zaloty skierowane w jego stronę. Nie wynika to bynajmniej z jego narcyzmu - po prostu trudno mu się pogodzić się z myślą, że mógłby się komuś podobać. Ma to swój początek jeszcze w początku nauki w mugolskiej szkole. Wtedy, w wieku około sześciu lat, Theo może i był "urokliwym" i "przesłodkim" dzieciaczkiem, ale wśród rówieśników nie należał do najurodziwszych. Głównym powodem wszelkich drwin były jego piegi i duże okulary, które zwykł nosić w tamtym czasie. Kiedy dostał list do Hogwartu myślał że to szansa na rozpoczęcie wszystkiego od nowa, lecz i tam traktowano go z rezerwą ze względu na mugolskie pochodzenie i przynależność do najbardziej lekceważonego domu. Wszystko to sprawiło, że mimo względnej radości i otwartości, które widać na pierwszy rzut oka w zachowaniu chłopaka, w rzeczywistości jest on niezwykle skryty i przeważnie unika przebywania w przesadnie dużych grupach ludzi, których nie zna. Z drugiej strony na przestrzeni lat nauczył się dystansu wobec chamskiego zachowania tych, którzy chcą mu dogryźć i nie boi się już wystosować wobec nich adekwatną ripostę.

Zobacz profil autora http://mortis.forumpolish.com/t450-zwierzeta-theodore-a#1050 http://mortis.forumpolish.com/t449-skrytka-nr-1029#1048
PisanieTemat: Re: Stare podania  Wto 26 Sty 2016, 17:37

Umiejętność: animagia (płomykówka)
Czas nauki: ok. 1,5 roku do pierwszego efektu z pomocą różdżki
Krótka historia opisująca fragment nauki:
Przed rozpoczęciem nauki w Hogwarcie Theodor nie miał najmniejszej styczności z jakimkolwiek rodzajem magii za wyłączeniem tego, który serwowany był przez różnego kroju szarlatanów na wiejskich jarmarkach. Nic więc dziwnego, że w całym swoim zafascynowaniu sztuką transmutacji, kiedy tylko usłyszał od nauczyciela tego przedmiotu o zdolności niektórych czarodziejów do przyjmowania formy zwierzęcej, od razu zapałał chęcią do zgłębienia tego tematu.
Książek na ten temat było zaskakująco wiele. Mugolak sam nie wiedział, od czego powinien zacząć. Kiedy w jego rękach znalazło się kilka nieodpowiednich do jego poziomu wiedzy tytułów, zaniechał poszukiwania wiedzy samopas i zwrócił się z pytaniem do profesora.
- O tak, animagia to zaiste intrygująca sztuka. Jest pochodną transmutacji, od której odróżnia ją jednak brak inkantacji i możliwości przeobrażenia w dowolnym czasie i miejscu. W ostatecznej formie nauki nie potrzeba do tego różdżki, gdyż do przemiany używa się myśli, nie zaklęć. Ale dlaczego pan o to pyta, panie Callaghan?
- Z ciekawości - Theodor nieco wstydził się przyznać, że on, mugolak, chciałby spróbować swoich sił na tym polu.
- Mam jeszcze jedno pytanie. Czy...
- Czystość krwi nie ma najmniejszego znaczenia, proszę pana.
Od słowa do słowa profesor zgodził się na udzielanie chłopakowi prywatnych korepetycji z tego zakresu. Zaznczył jednak, że nie wyszedłby z taką propozycją, gdyby Theodore nie był wyjątkowo uzdolniony w dziedzinie transmutacji. Ciekawe, czy dopuszczał prawdopodobieństwo, że mugolak opanuje tę zdolność w jakimkolwiek stopniu.

Teorii nie było tu przesadnie wiele. Najistotniejsza w nauce okazała się praktyka. Początkowo jego nauczyciel zastrzegł, że nie wolno mu ćwiczyć przemian samemu. Theodore nie do końca rozumiał, dlaczego, ale kilku lekcjach wstępnych zorientował się, że animagia jest o wiele trudniejsza i bardziej niebezpieczna od transmutacji. Niesie za sobą o wiele więcej niezamierzonych skutków, choćby przez wzgląd na to, że nie dotyczyła już przedmiotów martwych, ani nie do końca świadomych własnego jestestwa zwierząt, a człowieka. I to jego samego!
- Błędnym jest przekonanie, że animagia działa poprzez wyobraźnię. Gdyby magia oddziaływała przez pryzmat naszych wyobrażeń, najprawdopodobniej wysadzilibyśmy cały świat w powietrze. Uproszczenie tego typu bierze się z obserwacji doświadczonych animagów, którzy, rzeczywiście, polegają w tej kwestii jedynie na tym, iż chcą się zmienić. Adepci zaczynają jednak od różdżki.
Theodore odruchowo sięgnął po swoją, a nauczyciel przekazał mu odpowiednią formułę.
- Pamiętaj jednak, że to nie jest zaklęcie! To tak zwana formuła wspomagająca, o których w książkach prawie się nie mówi. Dotyczą one wyłącznie niektórych dziedzin czarów, takich jak animagia na przykład. Powoli odchodzi się od ich stosowania, ale jak na razie wszelkie inne substytuty są niewystarczające przy nauce kompletnie nieobeznanych. Ale przejdźmy do rzeczy...

Pierwsze dwa miesiące nauki spełzły na niczym. Za każdym razem, gdy Theodorowi wydawało się, że coś już zaczyna się dziać, wszystko ustawało, jak ręką odjął. Po kolejnych kilku tygodniach nauczyciel, widząc jego zaangażowanie i determinację, pozwolił mu na samodzielne ćwiczenie i przychodzenie za każdym razem, gdy będzie potrzebował pomocy, nakierowania, lub kiedy zarejestruje postęp. To było dla chłopaka naprawdę ważne. W końcu nie był spętany ograniczonym czasem, ucząc się wyłącznie z profesorem. Widział, że wiele dały mu te spotkania, ale dodatkowa nauka samemu w czasie wolnym zwiększała prawdopodobieństwo sukcesu. Dlaczego mu tak na nim zależało? Theo trafił do Hogwartu w mało odpowiednim momencie, o ile jakikolwiek moment w historii świata czarodziejskiego może być przyjazny mugolakom. Niemniej jednak, po Wielkiej Wojnie wśród czarodziejów wzmogły się nastroje antymugolskie. Były one powodowane choćby tym, że mugole nie byli jedynymi poszkodowanymi we własnym konflikcie zbrojnym. Wojna zabrała wiele istnień, także czarodziejskich. Także tych, które nie miały z nią w zasadzie nic wspólnego. Nastroje dorosłych miały bezpośrednie przełożenie na stosunki między uczniami, w czym mugole byli tak tępieni, że często nauczyciele nie nadążali z udzielaniem szlabanów dla oprawców. Łudził się, że opanowując animagię będzie w stanie pokazać, że tępa szlama może równać się z prawdziwym magiem czystej krwi. Nawet po powrocie do domu na wakacje ćwiczył bardziej zawzięcie, niż kiedykolwiek, starając się jednocześnie jak najbardziej pomagać matce w codziennych obowiązkach.

Na początku roku szkolnego do gabinetu nauczyciela transmutacji wleciała rudawa płomykówka. Ptak miał ewidentny problem z wylądowaniem, ale gdy w końcu to uczynił, stanął przed biurkiem i patrzył na czarodzieja wyczekująco. Ten profilaktycznie skierował ku ptakowi różdżkę i bezsłownie rzucił zaklęcie przywracające kształt. Pojawił się przed nim podekscytowany Theodore, bardzo chaotycznie - i jakże emocjonalnie! - zdający relację ze swojej pierwszej przemiany. Jak było widać, chłopak miał jeszcze lekkie problemy z powrotem do ludzkiej postaci, ale miał jeszcze dużo czasu na doszlifowanie swojej nowo zdobytej umiejętności.

Przyjmuję, ale bez zarejestrowania. ~Beza
PisanieTemat: Re: Stare podania  Wto 23 Lut 2016, 23:41

@Costi Lupei @Finnian Hennessy @Seymour Hardy @Theodore Callaghan @Orianne Crouch @Frederick Crouch @Morrigan Black @Adara Fletcher - przenieście swoje podania do nowych tematów w wolnym czasie. Kopiuj-wklej wystarczy, nic w kwestii ich akceptacji się nie zmienia i nie wymagają żadnych poprawek.
PisanieTemat: Re: Stare podania  Sob 23 Kwi 2016, 17:50

Temat z dniem 1 maja zostanie przeniesiony do archiwum.

@Costi Lupei jeżeli nie chcesz stracić umiejętności, przekopiuj swoje podanie do odpowiedniego tematu.
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Stare podania  

Stare podania

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry
Strona 1 z 1

Similar topics

-
» Ogłoszenia o pracę + podania o samozatrudnienie
» Stare Opuszczone Mieszkanie
» Stare Lochy
» Rozłożyste drzewo nad jeziorem
» Opuszczony dom

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Mortis :: Confundus :: Archiwum-
Skocz do: